14 Sie

Krótka relacja z Sokołowska z Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Efemerycznej Konteksty

by Kama Wróbel

 

Blisko tydzień temu w Sokołowsku zakończyła się czwarta już edycja Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Efemerycznej Konteksty, podczas którego można było uczestniczyć w licznych wydarzeniach związanych ze sztuką performatywną.

I na wstępie już należy zaznaczyć, że o performansie pisać jest trudno - każdorazowo bowiem towarzyszy mu przede wszystkim indywidualne, wewnętrzne przeżycie, które w dużej mierze jest tak intensywne i ulotne, jak samo działanie performera. Szczególnie, gdy prezentowane gesty skupione są na performansie – nazwijmy to – klasycznym, a więc na aktywności artysty skoncentrowanego na ruchu własnego ciała, wewnętrznej sile i intuicji. Ale też – co warto zaznaczyć - na aktywności pozbawionej zaawansowanej oprawy audiowizualnej, jak i wzbogacających przekaz nowych technologii, których w dziedzinie performansu jest coraz więcej.

W Sokołowsku natomiast tego typu intermedialności nie było. Twórcy prezentowali tradycyjne w formie i wyrazie sytuacje artystyczne, które przeplatane były wydarzeniami towarzyszącymi: wystawami (również interaktywnymi), warsztatami, projekcjami i koncertami.  Pojawiło się także kilka spontanicznych, nieuwzględnionych w programie wystąpień, które okazały się całkiem ciekawymi działaniami, a także – jak w przypadku improwizowanego koncertu Oli Kozioł i Andrew Dixona – wzruszającym przeżyciem. Nie sposób jest jednak opisać wszystkich projektów, dlatego też skupię się na zaledwie  kilku, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Przede wszystkim dlatego, że wyróżniały się malowniczością, merytoryką, dojrzałością performerów, a także humorem i uchwyconym kontekstem. I odnoszę wrażenie, że prezentowane przez zagranicznych artystów działania miały w pewnym sensie inną atmosferę czy też moc oddziaływania, niż projekty artystów rodzimych. Wystarczy wymienić tu performanse  Alastaira Maclennana, Adiny Bar On czy Luisy Menano, w trakcie których w wyraźny sposób dało się odczuć trudno definiowalną, emanującą siłę wewnętrzną, stanowczość i samoświadomość performera mającego pełną kontrolę nad własnym działaniem i jego celowością - co nie oznacza jednak, że artyści polscy zaprezentowali projekty gorsze. Interesujące były wystąpienia takich twórców jak m.in.: Koji Kamoji, Joanna Rajkowska, Artur Tajber czy blisko trzygodzinny performans wykonywany przez Laurel Jay Carpenter i Terese Longvę. Nie zawiódł też Wojciech Bąkowski, który w ramach wizualno-dźwiękowego performansu pt. Telegaz wykonał nowe, minimalistyczne pod względem literackim utwory muzyczne. Partie mówione oparte zostały tu na prostych skojarzeniach i konstrukcjach słownych, wzbogaconych następnie ilustracyjną, charakterystyczną dla Bąkowskiego warstwą audialną i nieskomplikowanymi, typograficznymi projekcjami.

Jak, co roku w ramach Festiwalu odbyła się także retrospektywna wystawa wybitnego polskiego artysty-klasyka, która tym razem poświęcona została Zygmuntowi Rytce. W dolnej sali Willi Różanka zgromadzony został obszerny zbiór realizacji dający niemalże pełny ogląd na całokształt twórczości artysty. W tej samej przestrzeni pojawił się także eksponowany wcześniej we Wrocławiu projekt pt. Katalog Entropii Sztuki, który oprócz publikacji zawierał  zbiór materiałów filmowych zamkniętych w formie małej instalacji, aranżowanej przez obecnych na Festiwalu twórców i widzów. W ogrodzie odsłonięta została zrekonstruowana przez Bettinę Bereś i Jerzego Hanuska instalacja autorstwa Marii Pinińskiej-Bereś pt. Punkt obserwacyjny zmian w sztuce, która w symboliczny sposób odnosi się do – jakże aktualnej również i dziś - problematyki związanej z procesem stopniowych przeobrażeń zachodzących w sztuce współczesnej.

Miłym i humorystycznym zarazem akcentem okazał się Projekt KR 736EJ Piotra Lutyńskiego, którego autobus-pracownia-żywa rzeźba wzbudzał powszechne zainteresowanie, także wśród lokalnej społeczności. A ta – co niestety trzeba przyznać – w bardzo małym zakresie uczestniczyła w odbywających się w Sokołowsku wydarzeniach. Być może dlatego, że większość projektów była dla mieszkańców po prostu niezrozumiała, przez co też nieprzystępna. Wyjątek stanowiła tu akcja artystyczna grupy Akademia Ruchu, której Armia  w wybitnie spektakularny i malowniczy sposób odegrana została na Placu im. Krzysztofa Kieślowskiego. Wykorzystane zostały tu bardzo proste środki wyrazu takie jak dźwięk, rytm, dynamizm w kontrze ze statyką, ogień, jak i przysługujący mu proces spalania, niszczenia, przemijania. I o ile pod względem wizualnym działanie to było atrakcyjne, o tyle – opisany w programie -  przekaz niekoniecznie był jasny. Być może dlatego, że sam ogień i nie symultaniczne spalanie się poszczególnych – usytuowanych w przestrzeni publicznej - elementów, w późniejszej fazie odwróciło niejako uwagę widza od dynamicznych działań performerów. Ważnym według mnie wydarzeniem okazało się spotkanie z Józefem Robakowskim, który w sali kinowej zaprezentował unikalne zapisy performansów Ewy Partum i Pawła Kwieka, a także premierowo jedną z nowszych prac własnego autorstwa pt. Piegi. Rejestracja ta -  w kontekście dotychczasowej twórczości łódzkiego artysty – jest o tyle interesująca, że pod wieloma względami wprowadza inną, nie poruszaną do tej pory przez artystę problematykę.  

Warto wspomnieć jeszcze o Łodzi Kaliskiej,  która w ogrodzie Willi Różanka pojawiła się z  typowym dla siebie prześmiewczym happeningiem pt. Niezbędność ułaństwa we współczesnej Polsce czyli szarża stojąca, gdzie wroli głównej wystąpiły siedzące na koniach i kozłach gimnastycznych półnagie Muzy w ułańskich strojach oraz o Martinie Zet, który w Sokołowsku stworzył przejmujący i momentami przerażający Mass Grave.

Na zakończenie warto dodać, że Festiwal Sztuki Efemerycznej w Sokołowsku nie jest imprezą wielką. Jest raczej kameralnym spotkaniem międzynarodowego grona artystów i wąskiej grupy przyjezdnych widzów, w trakcie którego  tworzy się trudna do opisania atmosfera współdziałania i dialogu. Jest to niezwykle inspirująca aura, która sprzyja doświadczaniu prezentowanej i przeżywanej tam sztuki, integracji ze środowiskiem - tak przyjezdnym, jak i lokalnym - oraz otwarciu się na różnorodne, chwilami nie najłatwiejsze do zrozumienia działania. Dlatego też każdy, kto nie był w Sokołowsku, powinien chociaż raz jego atmosfery doświadczyć.

Kama Wróbel

zdjęcia: Kama Wróbel