08 Sie

Mroczne obrazy. Victor Man w Zachęcie

by lena wicherkiewcz

 

Mrok, nie tylko sali, której ściany zostały pomalowane na grobową szarość, ale przede wszystkim mrok bijący od niewielkich obrazów – pogrążonych w głębokim cieniu, bowiem ich tematem też jest cień – mroczna strona psychiki i mroczna część malarstwa. Victor Man i jego „Zephir” w Zachęcie.

Victor Man, młody rumuński malarz, urodzony w 1974 roku w Klużu, jest tegorocznym laureatem nagrody Artysta Roku przyznawanej przez Deutsche Bank Global Art Advisory Council dla twórcy mającego już istotny dorobek artystyczny, wyznaczającego nowe tendencje ideowe i formalne. Nagroda łączy się z indywidualną prezentacją w Deutsche Bank Kunsthalle w Berlinie i wydaniem obszernego katalogu.

Wystawa w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki to pierwsza w Polsce wystawa rumuńskiego malarza i, choć to kameralny przegląd jeśli chodzi o geografię prezentacji, pokazuje wybór prac pozwalający zapoznać się z charakterem jego sztuki, w tym także z najnowszymi obrazami, nigdy jeszcze nie prezentowanymi.

Wystawę można objąć jednym spojrzeniem – to tylko jedna Sala, Sala Matejkowska, nieprzepełniona, zaledwie kilkanaście niewielkich płócien, w formatach już dawno zapomnianych. Ale nie da się jednak zapoznać z tą wystawą jednym spojrzeniem. Trzeba przypatrywań wiele, potrzeba się w tych obrazach, w ich chłodno zzieleniałej mroczności pogrążyć. Tak, zdecydowanie „pogrążyć”, a nie da się ich po prostu oglądać.

To rzadkość obecnie – Man maluje niewielkie obrazy, niczym wczesnorenesansowi Włosi, jeszcze bizantyjscy w kompozycji i rysunku, chociażby jak Sassetta, przywołany w kilku obrazach. Wyraźne są odniesienia do tradycji ikony: w układach kompozycyjnych i hieratyczności przedstawień, dalej – echa tradycji portretu i równolegle – ostrą precyzję linii spod znaku Neue Sachlichkeit. Te wpływy ujawniają się w tym malarstwie także jakościowo: w technice, pieczołowitym rysunku, szacunku dla malarskiego gestu, drobiazgowo oddanym detalom. Już dawno nie widziałam tak technicznie doskonałego malarstwa.

Kolorystyka obrazów Victora Mana jest nieprzejrzysta: chorobliwie zazieleniona czy poczerniała, w innym miejscu - melancholijnie zszarzała aż do odcienia trupiej bladości, z dużą gradacją strefy mroku, z niepokojącym bogactwem niuansów tonacji low-key. Za tą malarską chorobliwością podąża aranżacja ekspozycji: głucha szarość ścian i smutne, tępe światło przefiltrowane przez tkaninę przesłaniającą świetlik. To dlatego trzeba się długo w te bezsłoneczne obrazy wpatrywać, by wyrwać je z otoczenia, a potem - jeszcze dłużej, by z ich tła wyłoniły się kształty, tematy, motywy, równie mroczne , co forma. Niespokojne sny i przedmioty pożądania, płynne tożsamości i piekielne męki, niezrozumiałe dekapitacje i ślady okrucieństwa. Niejasny oniryzm spod ciemnej gwiazdy, z cicha szeptane dwuznaczne fantazje, cienie minionych obrazy i odblaski przeszłych historii… Widzianych, słyszanych, lecz gdzie?...

Odczuwam wyraźne, doskwierające napięcie między posępnym i ciemnym, aż do przerażenia, tematem obrazów Mana a fascynacją sposobem o tym opowiadania, doskonałością techniki i warsztatu. Poddaję się temu mrocznemu uwiedzeniu. Trudno wyjść z tej posępnej wystawy, boleśnie też na niej pozostać…

Lena Wicherkiewicz