16 Kwi

Erna Rosenstein. Nakładanie w warszawskiej Królikarni.

by lena wicherkiewicz

Precyzja ekspozycyjna, czystość i krystaliczna struktura. Wystawa jedna z najlepszych w tym roku. Niepokojąca, mroczna, tajemnicza.

Z tą atmosferą kontrastuje minimalistyczna, powściągliwa scenografia wystawy, która wydobywa napięcie między esencjalnym spojrzeniem kuratorek, Doroty Jareckiej i Barbary Piwowarskiej, a bogatą, opartą o nakładanie, akumulację strukturą dzieła Erny Rosenstein. Ten tekst jest właśnie o niej i o wystawie prezentującej jej twórczość, którą od 25 marca można oglądać w warszawskiej Królikarni. Nakładanie jest trzecią z serii, po Mogę powtarzać tylko nieświadomie z 2011 roku w Fundacji Galerii Foksal i Instytucie Awangardy oraz ubiegłorocznym Organizmie w poznańskim Art Stations, wystawą przygotowaną przez wspomniany kobiecy kuratorski duet. Jest jednocześnie podsumowaniem całego przedsięwzięcia przybliżającego fenomen twórczości Erny Rosenstein.

Erna Rosenstein (1913 – 2004) była malarką, autorką rysunków, obiektów, asamblaży, poetką. Wykształcenie artystyczne odebrała w Wiedniu i w Krakowie. W okresie przedwojennym sympatyzowała z I Grupą Krakowską, od 1957 roku –współtworzyła jej drugą formację. Charakter sztuki Rosenstein wyznacza inspiracja surrealizmem, malarstwem materii, z których stworzyła indywidualną interpretację, łącząc z poetycką, metaforyczną wrażliwością. Na życiu i twórczości artystki zaważyły wojenne losy – była świadkiem śmierci rodziców, który to dramatyczny obraz powraca wielokrotnie w jej pracach, ukrywanie się pod zmienianymi regularnie nazwiskami. W życiu prywatnym związana była z Arturem Sandauerem. Uczestniczyła w I Wystawie Sztuki Nowoczesnej w Krakowie, potem do 1955 nie wystawiała. Brała udział w wydarzeniach życia artystycznego polskiej neoawangardy (wystawa „Metafory”, Sympozja Złotego Grona), została laureatką ważnych wyróżnień: Nagrody Krytyki Artystycznej im. Cypriana Kamila Norwida (1976) i Nagrody im. Jana Cybisa (1966).

Konstelacje przedmiotów, obroty rzeczy, osobista kolekcja pamięci. Jeszcze jedna odmiana surrealistycznego piękna, jego nowa jakość: cudowność entropii, ból zamierania, spod którego podniszczonej podszewki wyziera czarny humor. Przedmiot znaleziony, odrzucony, ulegający tyleż malowniczemu, co groźnemu rozpadowi, naznaczony osobistą historią. Przedmiot wyjęty z pejzażu codzienności, o oniryczno-delirycznym posmaku i cieniu wieloznacznego uśmiechu. Przedmioty Erny to nie surrealistyczne fetysze czy mroczne przedmioty pożądania, lecz odpadki życia, potraktowane z nieoczywistą poetycką czułością. „Szumy, zlepy, ciągi”, jak być może powiedziałby o nich Miron Białoszewski, z którym artystka pozostawała w przyjaźni. Wokół takiego zdegradowanego przedmiotu zbudowana jest wystawa, wokół obiektu, który do tej pory był postrzegany jako obrzeże twórczości artystki. Aparat telefoniczny, spod którego wysuwają się śmieszno - straszne kurze łapki, torebka ze skaju bez pruderii ujawniająca swoje malarskie wnętrze, a w nim, niczym drogocenną perłę – sztuczną szczękę, biżuteria ze skrawków rzeczywistości – spinaczy, kapsli, wyzywająca i kpiarska, ostra i groteskowa. Turpistyczna, senna aura odchodzenia i przemijalności, przerażenia i niepokoju, przyprawiona dystansem i dość gorzkim humorem. Historia rzeczy, poprzez które rysuje się ludzkie życie. Rzeczy – wizualne uosobienia. Martwo-żywe natury w odcieniu wyblakłego oniryzmu. Przykurzone, zaśniedziałe, zgniecione, ślady czasów marnych. Te rzeczy porzucone i zapomniane, Erna Rosenstein wyjmowała na światło dnia, lecz tu, na wystawie, toną one w mroku. Światło dnia, z tajemniczego, cudownego parku Królikarni, zostało odcięte czernią ciężkich aksamitnych kotar, przedmiot zamknięty w gablotach, też wyściełanych na ciemno, i oświetlony punktowym światłem reflektorów. Ten minimalizm i chłodny, mroczny, zdyscyplinowany rygor scenografii, pozwolił jednak uniknąć przedstawienia twórczości Erny Rosenstein w charakterze Wunderkamery czy kolekcji owładniętego zbieracką manią szaleńca.

Aranżacja wystawy, a szczególnie konstrukcja z wyłożonych płótnem i aksamitem pudełek, prezentowana w rotundzie, wyraźnie odwołuje się do retrospektywy artystki, która odbyła się w 1967 roku w Zachęcie, i którą wspólnie z autorką zbudował Tadeusz Kantor. Doskonale rozumiał jej wrażliwość i istotę praktyki twórczej: asamblażowe nakładanie, akumulowanie, artystyczne „zbieractwo” i montażowo-kolażowy zmysł. Rozumiał znaczenie procesualności działania twórczego Erny Rosenstein, a także jej skupienie na pracy z materią, wydobywanie zmysłowych relacji form i kształtów, pieszczenie powierzchni i głaskanie linii.

Gdy opuścimy „krainę przedmiotu” Erny, warto poświęcić czas jej obrazom i rysunkom. W tej części wystawy zagłębiamy się w przestrzeń jeszcze bardziej intymną, zaglądamy w strony obsesyjnego dziennika. Oglądamy otwarcia ran. Zapuszczamy się w miękkie, nieco mroczne zakamarki i te przyschnięte i ostre, i te kosmate, szeleszczące. Przemierzamy przestrzenie niedopowiedzeń, sieci nieodgadnionych linii i form, lecz jednocześnie – doświadczamy intensywnej komunikacji, obcujemy z psychologicznym odsłonięciem, lecz bez ekshibicjonizmu, spiętym klamrą metafory. W rysunkach Erny Rosenstein znajdziemy „piękna, harmonii i logicznego porządku”. Jest przerwanie, rozcięcie, pękanie. Lecz zaraz obok podejmowane są próby artystycznej chirurgii: składania, łączenia, scalania, nadawania nowej organizacji. To twórczość na wskroś organiczna, naturalna. Wydaje się, że podobnie jak przyroda potrafi się odrodzić po niemal każdym kataklizmie, tak tu, na pożółkłych kartach i zszarzałych obrazach wysiąka życie, przebija krucha nadzieja, niezłomna witalność.

Wystawa ma jeszcze jedno oblicze, ekranowe. Dopełniają obrazy filmowe - Mai Deren, Charliego Chaplina, Mieczysława Waśkowskiego oraz współczesnych - Ursuli Mayer i Anny Molskiej, wskazując na możliwe tropy znaczeniowe twórczości Erny Rosenstein, poszerzające perspektywę interpretacyjną, lekko uchylające drzwi i wpuszczające smugę światła do tej skupionej, wsobnej galaktyki.

Praca kuratorek wystawy, wydobywających nie tak powszechnie znane obszary twórczości Erny Rosenstein, kreśli kolejną nić w nurcie przywracania pamięci o surrealistkach, ujawniania „kobiecej twarzy” surrealizmu, przypominania twórczości kobiet – żon, kochanek, przyjaciółek – tworzących na skraju, w ukryciu, po cichu, u boku wybitnych artystów, mniej oczywistą wersję surrealizmu. To także wartość tego projektu. Dodajmy, że wkrótce dopełni go także publikacja – Erna Rosenstein. Mogę powtarzać tylko nieświadomie, której autorkami są Dorota Jarecka i Barbara Piwowarska.

Na tej niezwykłej wystawie wyczuwalny jest jednak jeden dotkliwy brak – nieobecność poezji Erny Rosenstein, poezji uprawianej przez nią przez całe życie, która stanowiła istotną ścieżkę, jeszcze jedną warstwę struktury twórczości. Może kiedyś będziemy mogli zobaczyć poetycko – obrazową prezentację różnoświatów artystki?

Lena Wicherkiewicz

Erna Rosenstein. Nakładanie

Królikarnia, Warszawa

Kuratorki: Dorota Jarecka, Barbara Piwowarska

Do 25 maja