26 Aug

Obraz rozgrywany w czasie – wystawa performatywna Piotra Naliwajki.

by Zyta Misztal v. Blechinger

 

Przeciwstawiając się sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się w związku z pandemią, w przestrzeniach Miejskiego Domu Kultury „Batory” w Chorzowie, zorganizowano nietypową wystawę, jej formuła zakłada improwizację i spontaniczność. Po bolesnym okresie wyobcowania, ma też przypomnieć jak ważna jest społeczna interakcja.

Zanim weszłam do Sali Kameralnej zmierzono mi temperaturę oraz dopilnowano abym miała prawidłowo założoną maseczkę. Przywitała mnie nieco dziwna aranżacja. Obrazy oparto o ściany lub wyeksponowano na sztalugach. Centralną część Sali przecinało podwieszone do sufitu, ogromne płótno. Obraz ten tworzył parawan, za którym to, na specjalnie zbudowanym podeście rozgrywał się spektakl. Na pierwszy rzut oka – monodramatyczny.  Zastałam malarza w ferworze pracy twórczej, której towarzyszyła gorliwa dyskusja. Raz po raz, przyklękał na podeście i za pomocą moździerzy ucierał na proch kawałki cegieł. Pojęcie „artysta przy pracy” nabrało nagle innego znaczenia.

 

„Zręczność jest potrzebna malarzowi na początku, aby nie mieć oporów, ale potem jest kompletnie zbędna, bo przeszkadza w tworzeniu (…) Mówienie o tym, że malarz ma doskonałą technikę jest bez sensu, to tak jakby zastanawiać się jaką technikę stosuje muzyk, który przepięknie gra wariacje Liszta. On ją po prostu gra i nie ma co mitologizować tego aspektu”

Na skraju sceny leżały sadze z kominka, kruszyny kredy, a nawet pył drzewny w kolorze ochry. Pył pochodził ze szlifowanych przez robotników poręczy schodów tutejszego Domu Kultury. Piotr Naliwajko mieszał składniki starannie z olejem, aby uzyskać różnorodne struktury. Ręczne przygotowanie farb jest zajęciem archaicznym. Potraktowałam ten fakt jak przytyk artysty, jego inteligentną aluzję do rzeczywistości, w której bezmyślnie marnuje się istniejące zasoby. W  przypadku nowo powstającego obrazu Piotr używał przecież materiału z "recyklingu".

Odwiedzających zapraszano do integracji z dziełem. Każdego z nowo pojawiających się pod sceną widzów, artysta prosił o odrysowanie na przygotowanych kartkach, konturu ich telefonu komórkowego i podpisanie rysunku swoim imieniem. Istotą zadania było nie spoglądać na ekran smartfonu i z pamięci odtworzyć kolor dominujący na tapecie, następnie zapisać go przy swoim obrysie. Jaka była celowość takiego działania, mieliśmy się dowiedzieć później. Piotr zbierał kartki z rysunkami widzów, po czym składał je w stosik i wracał do malowania. Malując odpowiadał na pytania. Te dotyczyły głównie obecnych na sali obrazów. W rozmowie pojawiały się więc wątki z historii sztuki, dygresje dotyczące dawnych bądź współczesnych mistrzów pędzla, wybitnych filozofów, czy odniesień do literatury. Nie brakowało też osobistych anegdot, które dotyczyły opowieści o tym jak i dlaczego obrazy powstawały. Ludzie przechadzali się po Sali oglądając ekspozycję, a następnie przychodzili pod scenę, przystawali i słuchali z zaciekawieniem. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że Piotr wypracował własną konwencję opowiadania o sztuce. Robi to z wielką charyzmą od wielu lat. Prowadzi wypełnione skondensowaną wiedzą cykle wykładów. Okrasza je czasem teatralną manierą bądź wyrafinowanym dowcipem, przekorą lub sarkazmem. Mówi o słynnych obrazach ale uczy też, że w malarstwie należy odnaleźć prawdę o sobie przepracowując autorytety. Wprowadza w odpowiedni nastrój, sugestywnie ukazując świat twórcy o jakim opowiada. Każdorazowo też wybiera swój obraz, bądź całą grupę obrazów, zestawiając je lub konfrontując z motywem przewodnim wykładu, szukając odniesień, podobieństw czy różnic. 

Piotra Naliwajko trudno zaklasyfikować, wymyka się definicjom. Jego prace (a namalował ich ponad trzy i pół tysiąca) wciąż prowokują treścią, zaskakującym szczegółem, czy ekscentrycznym tytułem. Często ironiczne, wymagają od odbiorcy tyleż samo uważności co otwartości. Nie bez powodu mówi się o nim „kłopotliwy twórca”. Maluje jak XIX-wieczny akademik, choć coraz częściej nazywa siebie ekspresjonistą. Fascynują go artyści, którzy „w piękny sposób malują ludzi”. Sam pragnie zawrócić malarstwo na tory autentyczności.  W sztuce nie podobają mu się przymiotniki i zadęcie ale lubi malować na dużych powierzchniach i dosłownie wychodzić z obrazami na ulice „próbując zaatakować ludzką świadomość”. O sobie mówi, że pozostał neodadaistą. Jego obrazy były prezentowane wraz z płótnami Picassa, Lichtensteina czy Hockneya, a on na to, że „to nie ma znaczenia i że jest tylko prostym chłopakiem z Hajduk”. Malarz realista, polujący na to co niematerialne w materialnym, którego bawi upraszczanie.  Do tego wszystkiego współczesny vloger.

„Jeżeli jest się artystą, to jest się też wpisanym w swój czas”.

To stwierdzenie trafnie opisuje światopogląd człowieka - humanisty, który czuły w swym „widzeniu” odrzuca wszelką powierzchowność, będąc jednocześnie tolerancyjnym wobec określeń,  jakimi obdarzana jest jego twórczość.

Jako artysta wrażliwy często coś przewiduje, przeczuwa lub wie i przenosi to na płótno. Tak było, kiedy latem ubiegłego roku namalował obraz, nadając mu wdzięczny tytuł : Delikatnie i powoli świat się całkiem rozp***doli”. Czy mógł wówczas przypuszczać, że kilka miesięcy później jakiś wirus wywróci do góry nogami globalną rzeczywistość?

Moja wizyta w Chorzowie pozostawiła po sobie niedosyt. Ekspozycja prezentowana w Sali Kameralnej tętniła życiem przez kolejne tygodnie. Obrazy zmieniały się, wracały do pracowni na piętrze, a na ich miejsce pojawiały się nowe. Przez cały miesiąc publiczność inspirowała artystę, który malował tak, jak malowało się we Włoszech w XV wieku, kiedy każdy mógł przekroczyć progi pracowni, aby podejrzeć czym aktualnie zajmuje się twórca.

Bardzo chętnie powróciłam więc do Chorzowa na finisaż wystawy.

Jak przystało na czas pandemiczny, event rozgrywał się pomiędzy godzinami „od – do”, co miało ewidentne plusy związane ze swobodą w jakiej można było oglądać wystawione dzieła. Tłum ich nie zasłaniał.  Do wnętrza weszłam stąpając po czerwonym dywanie. Na finisaż artysta wybrał płótna szczególnie dla niego ważne. Był wśród nich alegoryczny obraz „Przybycie Chrystusa do Chorzowa” (290x300) 1987r, a na nim sponiewierana postać Jezusa, we współczesnej scenerii brudnej i cuchnącej bramy, pośród u-Bogich chuliganów, pijaczyny i prostytutki. Praca o dojmującej aktualności, której obecność i tym razem wywoływała skrajne reakcje.

Piotr nie stał na scenie. Ubrany elegancko, z rozwianym włosem i szerokim uśmiechem opowiadał o tym jak powstawał cykl obrazów  „Abraham i Izaaak w drodze” i dlaczego ma sentyment do pracy „Raj. Których malowałem”. Tłumaczył dlaczego ważna jest rozmowa z pozującymi, jak istotne jest uchwycenie ich mimiki, ruchu, dotarcie do sedna ich życiowych wyborów.

„Nie maluję portretu dla samego portretu, ja biorę ich z natury. Podczas rozmów tworzę wizerunek fizyczny i jednocześnie psychiczny, między mną a moim modelem tworzy się więź, która uruchamia wyobraźnię. (…) W moim malowaniu jest zawarta próba złapania wyjątkowego świata należącego do innego człowieka i wyrwania mu go z wnętrza, wrzucenia na obraz, zastąpienia tego czego się dowiaduję o człowieku środkami czysto malarskimi”.

Mnie ciekawiło jaka opowieść snuła się wokół pracy, która powstawała przez miesiąc trwania wystawy. Dzieła, malowanego dosłownie na oczach widzów z ich bezpośrednim udziałem.

Obraz wciąż stał na scenie, nie został jeszcze ukończony ale prezentował się odświętnie. Pytałam obecnych o skojarzenia. Jedni widzieli antyczne Gracje lub tańczące Nimfy. Inni - nazbyt zmysłowe kariatydy, które z jakiegoś powodu przestały chcieć podtrzymywać cokolwiek. Ja zobaczyłam świat schodzący na manowce? Obraz wprowadził mnie w niepokojący nastrój opowiadań Brunona Schulza, gdzie zjawiska ukazywane w opisach mają cechy dziwaczności, błądzenia, czy wędrowania poza. Postaci kusiły i sprawiały złudzenie ruchu, jednocześnie wydawały się być „znikliwie obecne”[1]. Naturalne barwy kontrastowały z jaskrawymi wręcz fluorescencyjnymi kolorami konturów smarfonów, które artysta odmalował w dole obrazu, każdemu nadając należne mu imię. Zatapiał czy kąpał postaci w morzu elektroniki, pośród świetlistych symulakrów?

Czy Piotr w swej pracy chciał odnieść się wprost do obecnej sytuacji, gdy rzeczywistość po cichu znika, a my robimy sobie kolejne selfie w „atrakcyjnych destynacjach”? A może wcale nie. Może zawarł w nim kojące przesłanie o tym, że świat nieuchronnie się zmienia, tak jak zmienia się człowiek i rozumienie humanizmu, a kształtowanie się kultury jest swoistą transgresją odnoszącą się również do mutującej, ludzkiej postaci.

"Musimy zrozumieć, że ludzka forma – zawierająca ludzkie pożądania i wszystkie jego zewnętrzne reprezentacje – ulega radykalnym zmianom i musi być poddana rewizji. Musimy też zrozumieć, że figura człowieka witruwiańskiego, ramion i nóg określających miarę rzeczy, tak wspaniale naszkicowana przez Leonarda, wyrywa się z otaczających go koła i kwadratu i rozprzestrzenia w kosmosie[2] .

 

Obraz rozgrywa się w czasie.

Kultura wzbogaca Internetową Sieć.

Finisaż wcale nie kończy wystawy, która nadal trwa w wymiarze wirtualnym.

 

„Okiem malarza- spotkania z mistrzem”  

w ramach  programu "Kultura w sieci" można oglądać na kanale youtube.

 

Jesteśmy świadkiem przełomu, który być może pozwoli na zupełnie inną niż dotąd, paradoksalnie bardziej intymną, interakcję publiczności z artystą i sztuką.

Zyta Misztal v. Blechinger

 

Autor fotografii z cyklu "Okiem malarza- spotkania z mistrzem"  Paweł Mikołajczyk



[1]   Poetyckie określenie autorstwa prof. Kazimierza Nowosielskiego.

[2]   I. Hassan "Prometheus as Performer: Toward Posthumanism Culture?" 1977 „The Georgia Review”  vol. 31, nr 4