14 Dec

Spójrz mi w oczy, a powiem Ci co widzisz

by Mateusz Bieczyński

Z Wiktorią Wojciechowską rozmawia Mateusz Bieczyński

 

MB: Wiktoria znaczy zwycięstwo, zwyciężasz?

WW: Czy zwyciężam? […] Myślę, że codziennie zwyciężam, szczególnie kiedy wyjdę z domu i coś zrobię. Tym, co nadaje motorykę mojemu życiu są wyzwania, które sobie stawiam. Kiedy udaje mi się do nich podejść, podjąć próbę zrealizowania zamierzeń, to jest już jakieś małe zwycięstwo.

MB: W starciu „Wiktoria kontra reszta świata”, jaki jest wynik?

WW: Mówić o reszcie świata to zbyt dużo… Myślę, że nie walczę z całym światem. Moje działania mają trochę mniejszy zasięg.

MB: Ostatnio jednak dużo podróżujesz. Byłaś w Chinach, byłaś na Islandii, byłaś na Ukrainie… Z czym wracasz?

WW: Przede wszystkim z nowymi doświadczeniami. Z nową wiedzą, którą dają mi inni ludzie. Wracam z emocjami, których nie mogłabym mieć gdzie indziej. Im miejsce, w które się udaje jest dalej od tego, do czego przywykłam, tym sprawia mi ono większą przyjemność. Dzięki dystansowi w stosunku do świata w którym żyję na co dzień mogę lepiej go zrozumieć; mogę zobaczyć go klarowniej. Staram się rozwijać empatię poprzez zderzenie z innym punktem widzenia. Uzmysławiam sobie, że istnieją pewne ekstremalne motywacje nie mieszczące się w moim zakresie pojmowania świata. Na przykład zrozumiałam dlaczego są na ziemi ludzie, którzy chwytają karabin i idą zabijać innych ludzi… Robią coś, czego ja bym nie zrobiła. Przez rozmowy z nimi staram się wczuć się w ich sytuację…

MB: Takiej sytuacji dotyczy projekt „Iskry”, który pokazujesz w Galerii Biuro Wystaw na Krakowskim Przedmieściu 16/18 w Warszawie od 16 grudnia 2016 roku. Powiesz o nim coś więcej?

WW: Projekt „Iskry” powstał podczas moich wielokrotnych wyjazdów na Ukrainę podczas ostatnich dwóch latach. Zaczęło się od tego, że chciałam poznać ludzi uwikłanych w wojnę, która wybuchła na Ukrainie. Chciałam dowiedzieć się jak oni reagują na tę nieoczekiwaną sytuację. Osoba, która mogłaby być moim dawnym kolegą z klasy nagle podejmuje decyzję, że idzie na front walczyć lub jest mobilizowana przez armię i nie ma możliwości wyboru. Gdy wojna wybuchła byłam za granicą. Bałam się wówczas o moją mamę, która mieszka w Lublinie - niedaleko ukraińskiej granicy…

MB: Czyli strach popchnął Cię do tego czego się bałaś… Czyli strach Cię przyciąga, tak?

WW: Strach ten motywuje mnie do działania, do myślenia. W konfrontacji z nim myślałam: „jeżeli nie ja, to kto?”. Wiedziałam, że muszę podjąć to wyzwanie w pewnym momencie. To był jednak dość długi proces, gdy dojrzewałam do tego, by tam pojechać.

MB: Pojechałaś i… Jak udało Ci się zorganizować na miejscu? Mówisz po ukraińsku?

WW: Oczywiście, że nie. Nie miałam żadnych kontaktów na miejscu. Znałam jednak fotografów, którzy pracowali już na Ukrainie i słuchałam ich rad. W pewnym momencie poczułam, że to jest ten czas. Pojechałam do Lwowa i tam dzięki wolontariuszom znalazłam pierwsze kontakty. W ten sposób poznałam Chawę, pierwszego z żołnierzy z ochotniczego batalionu. Przyprowadził mi go Wasyl – wolontariusz. Zaczęło się od rozmów z nimi, a następnego dnia od pierwszych zdjęć.

Ta wizualność projektu – portrety, które są ciemne, są trochę mroczne i zdradzają jedynie błyski w oczach rozmówców, z czego wzięła się nazwa projektu – to też była rzecz, która dojrzała w czasie pierwszych prowadzonych przeze mnie rozmów. Jeden z chłopaków opowiadał mi o doświadczeniu pierwszego użycia artylerii przez wroga.

Słowo „iskry” nieustannie powracało w prowadzonych przeze mnie wywiadach. W opowieściach moich rozmówców były synonimem nieprzewidywalności wojny, określano nimi odłamki, które lecą z wybuchów. Są jak iskierki na niebie, lecz lecą z tak wielką prędkością, przebijają wszelkie przeszkody, sieją zniszczenie i śmierć. Zabijają w jedną sekundę. Zastanawiałam się czy przez swoją fotografię będę w stanie pokazać, że Ci ludzie widzieli takie rzeczy; czy to jest w ogóle możliwe. Stwierdziłam, że być może poprzez fragmentaryczność zapisu uda mi się pokazać choć „kawałek” prawdy. Dać świadectwo o słyszanych historiach ludzi.

MB: Czy rozmowy, które prowadziłaś są częścią Twojego projektu?

WW: Tak, wiele z nich znajdzie się w książce będącej podsumowaniem tego projektu. Będzie to rodzaj rozmów symbolicznych. Chciałabym wybrać te, które najpełniej pokazują pewne tendencje. Wiele wątków u poszczególnych rozmówców powtarzało się. Chciałabym wyciągnąć ich esencję.

MB: Co masz na myśli?

WW: W wielu rozmowach akcentowany jest szok związany z nagłym przeniesieniem do innej rzeczywistości. W początkowym etapie wojny, gdy młodzi chłopcy zostali przerzuceni pod Słowiańsk, myśląc, że wszystko szybko się skończy, a na miejscu zastali regularną wojnę. Używano w niej artylerii. Na siły ukraińskie codziennie sypały się rosyjskie Grady. Miny rakiet wybuchały wszędzie. To był moment zwrotny. Widzieli swoich kolegów, którzy przestawali istnieć w mgnieniu chwili…

MB: Gdy mówisz o zderzeniu „niewinnych chłopców” z realiami wojny, to uświadamiam sobie dwuznaczność tytułu. Jest takie powiedzenie „mieć iskry w oczach”, co oznacza „być pełnym zapału do czegoś”. Gdy opowiadasz mi historię chłopaków wysłanych na front, często ochotników w „słusznej sprawie” i myślę, że te iskry zapału zmieniły się w iskry strachu, to dociera do mnie o czym jest twój projekt…

WW: Tytuł projektu rzeczywiście nie jest płaski i można go interpretować na różne sposoby. Wszystkie części projektu – bo są to nie tylko zdjęcia i wywiady – pozwalają na warstwowe zagłębianie się w opisywaną przeze mnie historię. Dla mnie istotne jest poznawanie realiów, znajdowanie odpowiedzi na interesujące mnie tematy. Nie kategoryzowałabym mojego działania na reportaż lub wypowiedź artystyczną. Mam w sobie silną potrzebę uczciwości w sztuce. Słowa, które zostały wypowiedziane przez spotkanie na Ukrainie osoby budują narrację całego projektu, naprowadzają mnie na to, co chcę powiedzieć. Wątki, które rozpatrywałam najczęściej inspirowane były bezpośrednio słowami moich rozmówców.

MB: Jak reagowały na spotkania z tobą osoby, które spotykałaś?

WW: Każdy z rozmówców doskonale wiedział, że realizuję projekt artystyczny. Nigdy nikomu nie obiecywałam, że projekt może zmienić sytuację na Ukrainie poprzez pokazanie tego publiczności. W moim odczuciu zapisy rozmów stanowią ważną formę dokumentu o pewnym momencie historycznym. Być może któregoś dnia ktoś będzie takich świadectw potrzebował. Może dzięki temu dowie się czegoś więcej.

MB: Czy myślisz, że dla mówiących był to rodzaj terapii? W pewnym sensie Twój projekt to ekstremalna sytuacja w podwójnym znaczeniu. Po pierwsze dlatego, że zdecydowałaś się uczynić tak trudną sytuację tematem swojej pracy twórczej, z drugiej strony zaś dlatego, że faktycznie osoby będące nośnikami przeżyć wojennej traumy stały się podmiotami wypowiedzi w dziele sztuki. Trudno mi znaleźć słowa oddające istotę tego procesu przemiany…

WW: Pięknym byłoby założenie, że doświadczenie sztuki jest w stanie uleczyć człowieka z wojennej traumy. Faktem jest jednak, że bohaterowie mojego projektu dają mi swoją historię; czynią mnie jej powiernikiem. Ja ją ubieram w jakiś rodzaj metafory, a następnie przekazuję ją dalej. Być może język sztuki może stać się pomostem pozwalającym poczuć doświadczenie prawdziwych ludzi, które dociera do nas wyłącznie za pomocą znieczulającego obrazu telewizyjnego. Poruszenie odbiorców bywa różne. Zachwyt lub sprzeciw. Moja wystawa nie jest przyjemna. Ona nie jest wygodna do oglądania. Nie dziwię się zatem jeżeli niektórzy wychodzą zniesmaczeni stwierdzając: „to nie mój problem”.

MB: Myślę, że w kręgach artystycznych w większości dominuje współcześnie przekonanie, że rolą sztuki nie jest utwierdzanie widza w jego schematach poznawczych, ale raczej wybijanie z nich poprzez dostarczanie materiału do przemyśleń. Sztuka powinna dawać widzowi zadanie domowe – jeżeli wywoła w nim refleksję to chyba największe jej zwycięstwo…

WW: Wszystko zależy od preferencji. Znam wiele osób, które nie zgodzą się z postawioną przez Ciebie tezą. Ja opowiadam się za modelem sztuki zaangażowanej…

MB: Czy może jeszcze istnieć sztuka niezaangażowana?

WW: Myślę, że to czy sztuka niezaangażowana wciąż jeszcze jest sztuką można pozostawić pytaniem otwartym. Ja szczególnie cenię sobie twórców, którzy wiedzą o czym mówią. Nie neguję sztuki opartej wyłącznie na intuicji, w swoich działaniach sama bardzo dużo z niej korzystam. Nie sądzę też, że jedynie sztuka w tematach społecznych lub sztuka konceptualna są godne uwagi. Wydaje mi się, że sztuka powinna mieć w sobie rodzaj ducha, to coś co czyni ją przekraczającą rzeczywistość.

MB: To chyba rzeczywiście temat na inną rozmowę…

WW: Chyba tak.

 

Autorka fotografii: Wiktoria Wojciechowska